Wyzwolenie Solvalu

2

Solval, Denotar
rok 11364


Na twarzy odczuwałam ciepło promieniujące z letniego słońca, rozpraszane co chwilę podmuchami przyjemnej, letniej bryzy solvalskiej. Pod pachą trzymałam wypełniający mnie jednocześnie niejakim podziwem do samej siebie, jak i zaskoczeniem, że się udało, przepasany złotą obwolutą dyplom ukończenia studiów w Akademii Solvalskiej.

Poczułam na ramieniu ciepły, łagodny ciężar i z uśmiechem się odwróciłam. Sental, mój… chłopak w pięknym, granatowym garniturze szczerzył zęby i pokazywał palcem na własny dyplom.

— Dasz wiarę — zapytał Sental — że to już koniec?

— Koniec?

Do niego również dotarło to drugie znaczenie „końca”… Sental opuścił głowę, tracąc uśmiech, aczkolwiek po paru sekundach ciszy ponownie spojrzał mi w oczy, tym razem z normalnie niespotykaną u niego powagą.

— Kto wie, co przyniesie przyszłość, co nie? — powiedział Sental.

Skinęłam głową, po czym dodałam:

— Prędzej czy później ten cały okres nauki w Akademii stanie się mglistym wspomnieniem… Zatraci on ładunki emocjonalne, ale te takie delikatne zawsze przy nas pozostaną. Będziemy mogli się do nich zwrócić w chwili… potrzeby… tak sądzę.

Sental nic nie powiedział, nawet nie przytaknął. Wpatrywał się w moje oczy, a znając swojego chłopaka od czterech lat, wiedziałam, że, tak jak ja, jest na skraju płaczu. Szczególnie że właśnie postanowiłam palnąć jakąś poetycką mowę pożegnalną bez ładu i składu ani przede wszystkim przemyślenia.

— Serwus! — Rettsy, nasza przyjaciółka, wyszła z budynku, dumnie trzymając swój dyplom u piersi. Miała na sobie błękitną sukienkę, a na niej beżową kurtkę. Po raz pierwszy od chyba dwóch lat pozwoliła swoim kruczoczarnym, kręconym włosom rozrzedzić się na ramionach, dopełniając pewnym naturalnym wdziękiem ciemnej karnacji dziewczyny o ciągle rozbieganych zielonych oczach. Podeszła do nas i obojgu założyła ręce na ramiona. Była ode mnie niższa o pół głowy, a od Sentala o jakieś dwie, więc po prostu się na nas bez trudu zawiesiła. — Sugeruję wznieść jeszcze jeden toast za przyszłość „Pod ruchliwą olszą”, a potem udać się w nasze przekozackie wojaże. Errbel już tam na nas czeka!

— Toast w kawiarni? — powtórzyłam.

— Najak! Ja wiem, że ty, Arti, jak już wznosisz toast to… ho, ho! Musi człekiem zdrowo trzepnąć, ale… myślę, że kawa na dobry początek dobrego dnia będzie i tak miłym, jeśli nie zajebiaszczym zamiennikiem dla bimbru! — Rettsy podejrzliwie przyjrzała się nam obojgu. — Co tacy zdołowani? To nie koniec świata, a tylko ciągłego targania plecaków w tę i we w tę!

— Ta… — odparł Sental. — Może dla ciebie…

— Dobra! To idziemy do Errbela! — przejęłam na prędce wątek, żeby nie słuchać nadciągającego popisu dramaturgicznego, który nieopatrznie spowodowałby w szkole wybuch kolejnych niepotrzebnych plotek i unieśmiertelnienie naszych nazwisk jako idiotów, którzy na koniec studiów zrobili teatrzyk w Akademii.

Nie spojrzałam na Sentala; po prostu nieco szybszym tempem ruszyłam przed siebie, w dół schodów. Wkrótce do stukotu moich obcasów o kamienne stopnie dołączyły odgłosy chodu dwojga moich przyjaciół. Szliśmy w cieple rozpoczynającego się lata, choć może ciszej niż zwykle, ale jak zawsze — razem.

Absolwenci studiów dyplomatycznych, jednocześnie rozentuzjazmowani i pogrążeni w — niektórzy mniejszej, inni większej — refleksji na temat przyszłości swojej i swoich przyjaciół. Kawiarnia „Pod ruchliwą olszą” przez cztery lata studiów służyła nam jako ostoja od uczelnianego stresu, w której odrabialiśmy zadania domowe, realizowaliśmy projekty grupowe i przede wszystkim — budowaliśmy więzi. To tam właśnie poznałam Sentala, mojego pierwszego chłopaka, i tam złożył mi on na ustach pierwszy pocałunek. Tam wyłam w ramionach przyjaciół, gdy moja siostra zmarła na chorobę Rivizarri. Tam świętowałam urodziny moich najlepszych przyjaciół, ogłoszenia i triumfy miłosne, a także wzloty akademickie. Tam przeklinałam, tuląc się z Sentalem, Rettsy i Errbelem, nasze zdrady i upadki. Tam też doszło do nas, iż wszystkie egzaminy są za nami i wkrótce roześlą nas po placówkach zagranicznych Denotaru. Tamtego dnia pogrążyliśmy się w niepokojącej, wręcz bolesnej ciszy, w której kontemplowaliśmy dalsze losy przyjacielskich więzów… a ja i Sental — do tego naszych więzów miłosnych. Tamtego dnia, ściskając ciągle z nieukrywaną satysfakcją dyplom absolwentki, sączyłam czarną kawę — tym razem bez codziennej dawki cukru oraz śmietanki, i patrzyłam półprzytomnie na twarze moich roześmianych przyjaciół. Tuląc Sentala, który co chwilę pytał, czy dobrze się czuję, umiałam tylko kiwać głową. Żadne z nas nie czuło się dobrze, a tamto spotkanie było jak jedna z tych sytuacji, gdy wszyscy celowo omijają jakiś temat, i wszyscy są tego w pełni świadomi.

— To… kiedy następne spotkanie? — Sental dopił swoją kawę.

Nigdy nie wiedziałaś, czy Sental po prostu gra głupa, czy rzeczywiście coś mu umyka. Teraz oczywiście sprawił, że wszyscy na zakończenie ostatniej wspólnej kawy poczuli się jeszcze bardziej zdołowani i nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Sama zakryłam twarz rękoma i potrząsając głową, głośno westchnęłam, a może nawet warknęłam. Prawdę moich myśli potwierdziło swoiste zmrożenie naszych przyjaciół. Zawsze uśmiechnięta od ucha do ucha Rettsy spojrzała na Sentala jak matka chcąca powiedzieć dziecku, by dorosnęło, ale sama nie zawsze pokazuje się z najdojrzalszych stron. Errbel, wysoki, wychudzony młodzieniec pielęgnujący rudą, zawsze inaczej wystylizowaną brodę po prostu ulokował spojrzenie pod stolikiem, zatracając się w jednej ze swoich słynnych sesji refleksji.

— Sen… — mruknęłam. — Wiesz, jak sprawa stoi.

— Trudno byłoby na tę chwilę ustalić konkretny termin spiknięcia — wyjaśniła Rettsy. — Muszą nas najpierw porozsyłać po świecie.

— Na pewno nie będzie to jednak takie proste ani częste jak za studiów — dodał Errbel.

— Wiem przecież… — Sental popatrzył się na twarze nas wszystkich. — Po prostu… musiałem to usłyszeć.

— Wy dwoje relacja na odległość? — Rettsy stuknęła mnie lekko butem pod stolikiem.

Errbel zachichotał.

— No co?!

— Bywasz taka dziecinna, Rettsy!

— Powiedział kolo, który ma jeszcze warunek do zaliczenia — oburzyła się nasza przyjaciółka. — Poza tym, co chcesz przez to powiedzieć? Przecież w bardzo prosty sposób mogą…

— Już o tym rozmawiałem z Arta'yn już o tym rozmawialiśmy i… — Sental wzmocnił ścisk na mojej ręce, aż cichutko jęknęłam.

— Widzisz? — Rettsy szturchnęła łokciem Errbela.

Uniosłam lekko rękę, by się przymknęli.

— Doszliśmy do wniosku, że… — Spojrzałam w oczy Sentalowi.

— Na wszystko przychodzi koniec. — Mój chłopak ponownie zrobił minę, jakby miał zaraz się rozpłakać.

Znowu po sobie popatrzyli.

— Zaraz, zaraz… — wydukała z zaniepokojeniem Rettsy.

— Uznaliśmy, że wolimy zdmuchnąć płomień ze świecy, zamiast patrzeć, jak nieuchronnie maleje. — Opuściłam głowę, patrząc na sztucznie uśmiechniętą twarz Sentala na skraju płaczu. — Wczoraj się rozstaliśmy… w pokojowych warunkach.

Errbel na moment spojrzał na Rettsy, jakby chciał powiedzieć słynne „a nie mówiłem?”, aczkolwiek szybko również opuścił głowę, a do półotwartych ust wlał kolejną dawkę małej czarnej, zamiast wydać z nich słowa zupełnie niepotrzebne.

Nagle stało się coś dziwnego. Moje oczy się gwałtownie zamknęły — właściwie zacisnęły, a wszelkie dźwięki z pobliskiego otoczenia zanikły. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że nastąpił jakiś błysk na zewnątrz — na tyle mocny, że gdy próbowałam przez następne kilka sekund otworzyć oczy, czułam tylko ostre pieczenie wokół powiek; po kilkunastu sekundach zaczęły do mnie dochodzić przytłumione odgłosy otoczenia… Chyba odległe strzały, wybuchy, które odczuwałam jako drżenie w moim brzuchu, jak na jakimś ostrym koncercie. W coraz wyrazistszych odgłosach wyodrębniać zaczęłam także krzyki i jęki, acz nie umiałam ocenić, jak daleko rozbrzmiewały. W końcu zdołałam przezwyciężyć opór zarówno fizyczny, jak i psychiczny; rozwarłam powieki, a do moich oczu powróciło wreszcie światło.

Wszyscy klienci w kawiarni, czyli wraz z nami jakieś osiem osób, i ekspedientka, może parę lat starsza od nas, po prostu siedzieli na swoich miejscach, wpatrując się z… niemożliwym do opisania przerażeniem na twarzach w to, co działo się za szybą… Nie, szyby już nie było — leżała roztrzaskana na małe kawałki. Jako że kawiarnia znajdowała się na niemałym wzniesieniu, obserwować mogliśmy całe miasto pogrążone w chaosie. Budynki się paliły, wszędzie coś wybuchało, a do nas docierały z naturalnym opóźnieniem fale uderzeniowe, co chwilę przeszywając nasze ciała wibracjami, które więziły nas w tak nieznośnym poczuciu dojmującej makabry. Po nieboskłonie poruszały się myśliwce toczące bój. Niektóre trafione plazmowymi pociskami szybko uderzały w okoliczne budynki; piloci mieli za mało czasu, by się katapultować. W miejscu kolizji dochodziło do wybuchu i powstania swoistego grzyba. Ulicami biegali krzyczący ludzie, rodzice uciekający z dziećmi i dzieci z rodzicami w podeszłym wieku oraz dziadkami. Niektórzy czołgali się po ulicy w zakrwawionych ubraniach, a inni po prostu nagle opadali bez sił. Rozbrzmiała syrena alarmowa.

— Moje kochanie — Sental nagle mocno mnie objął.

Nie musiał i zapewne, tak jak ja, nie wiedział, co jeszcze powiedzieć. Rettsy i Errbel wraz z pozostałymi klientami wycofali się za ladę, której drzwiczki zostały otwarte przez ekspedientkę.

— Chodź… cho-chodźcie tutaj — zawołała do nas pracownica kawiarni.

Na ulicy pojawił się starszy dziadek. Kulejąc, uciekał w górę wzniesienia. Co chwilę łapał oddech, kładąc rękę w okolicach serca. Nagle po prostu jednak upadł, jakby z nerwów i niewyobrażalnego w tym wieku wysiłku stracił kontrolę nad własnymi kończynami. Przez parę sekund próbował wstać, ale stare stawy i mięśnie najwyraźniej odmawiały mu posłuszeństwa. Była w nim wola walki, ale z każdą sekundą malała.

Nie wiem dlaczego — bo nigdy nie byłam przykładem odwagi, nawet gdy powinnam — po prostu wyrwałam się mojemu chłopakowi i rzuciłam się ku drzwiom. W moim umyśle nie było wtedy strachu; powodował mną tylko wszechogarniający szok, w którego chaosie pojawił się po prostu jakiś sygnał, jakiś bodziec, który wyzwolił we mnie reakcję bezwarunkową.

— Nie! Arta'yn! Nie rób tego! — ryknął Sental. — Błagam, wracaj!

W momencie, gdy znalazłam się krok przed drzwiami, poczułam trzeszczenie w ciele, jakby pod stopami doszło do jakiegoś wstrząsu — krótkiego trzęsienia ziemi — a moje oczy ponownie coś oślepiło. Tym razem był to intensywny, czerwony błysk, który jak gdyby poraził całą moją głowę prądem pod olbrzymim napięciem, aż upadłam na kolana i złapawszy się za twarz, zaczęłam krzyczeć z bólu, zagłuszając wszystko inne. Nadal dochodziły do mnie kolejne wstrząsy; coś wielkiego poruszało się po ulicy, ale piekący i rozrywający ból był zbyt silny i nadal nie osiągnął swojego apogeum, jak ból z palców stóp, gdy uderzyłaś z impetem w drzwi i dopiero czujesz, jak swoista agonia w tobie nabiera rozpędu. Przed sobą usłyszałam zderzenie czegoś wielkiego, metalicznego z kamiennym podłożem ulicy, a za sobą unisonowy krzyk wyrażający najbardziej niewyobrażalny rodzaj szoku. Nie wiedząc, co się dzieje, zmusiłam się do przezwyciężenia z wielkim trudem bólu i w końcu rozwarłam powieki, między którymi zgromadziły się już liczne łzy. Ujrzałam zamglony nimi jeden z najbardziej traumatycznych widoków w całym moim życiu.

Na ulicy stał wielki mechaniczny pająk. Miał sześć wielkich, lśniących, srebrnych odnóży wyciągających potężny korpus na wysokość dobrych czterech metrów. Spod korpusu — z jakiegoś projektora — emitowane były intensywne, czerwone wiązki laserowe skierowane na wszystkie osoby w kawiarni, oprócz tych kilku, które zdołały skryć się w pełni za ladą. Wiązka, przez którą nie mogłam przejrzeć ani dobrze się jej przyjrzeć z powodu intensywności światła, skierowana była w okolice mojego serca i o ile w miarę trafnie szacuję, miała średnicę dobrych dwudziestu centymetrów. Sental zastygł w bezruchu, w pozycji, jak gdyby już prawie się zerwał do mnie biegnącej na zewnątrz. Przez łzy chciałam się do niego uśmiechnąć, ale siła bólu i szoku, potężniejsza od mojej woli, powodowała, że umiałam zdobyć się tylko na niewdzięczne szarpnięcie głową. Potwór zniżył korpus, nie zdejmując z nas jednak celowników czy cokolwiek to było, po czym wydobyła się z niego krótka metaliczna wypowiedź:

— Solval pod władzą Riber Strumy. Stop poruszeniom, bo zabiję. Oczekiwać w bezruchu przybycia żołnierzy.

Nie umiałam jeszcze tego przetworzyć. Dotarło do mnie tylko to, że wszystkie moje plany dobiegły końca. Nie umiałam nic powiedzieć. Nie wiedziałam co ani po co. Staliśmy tak w bolesnej ciszy, aż usłyszałam za sobą poruszenie, w którego kierunku ostrożnie skierowałam spojrzenie.

Ekspedientka trzymała w trzęsących się rękach mały stolik, który nagle cisnęła w kierunku ramy okna, po czym rzuciła się ku drzwiom znajdującym się dalej za ladą — chyba prowadziły na zaplecze. Nim jednak stolik doleciał choćby do mojej pozycji, z pająka rozbrzmiały dwa dziwne odgłosy — jak gdyby cmoknięcia. Dziwna kula energii uderzyła w stolik, obracając go w wiór; druga po ułamku sekundy trafiła w głowę ekspedientki trzymającej już rękę na klamce drzwi. Łut energii przebił kobietę i drzwi na wylot pozostawiając na jej potylicy osmoloną dziurę, przez którą widać było drzwi z dziurą. Kobieta bezładnie opadła na kolana, po czym przewaliła się do przodu, powodując odbicie drzwi do wewnątrz jakiegoś ciemnego korytarzyka. Na podłodze, w okolicach głowy kobiety roztaczać zaczęła się plama ciemnoczerwonej mazi.

Ciszę przeszyły krzyki nas wszystkich. Sental odwrócił spojrzenie w kierunku okna i chyba… się pomodlił. Z jego oczu zaczęły cieknąć łzy. Spojrzał po chwili na mnie. Chciałam coś powiedzieć, ale zdobyłam się tylko na drżenie warg. Wszystko, co normalne, dobiegło końca. Rozpoczęła się wojna… wojna półtoraroczna.


Rok i pięć miesięcy później


Siedemnaście miesięcy okupacji, które dla osób przebywających tamtego dnia w Solvalu liczyć należałoby miarą lat, z każdym dniem wzbogacało nas o doświadczenia przerastające nasze najgorsze wyobrażenia na temat wojny. Denotar został napadnięty przez Riber Strumę, mocarstwo na północ od naszego państwa. Informacja przez ten czas krążyła coraz wolniej i była coraz mniej wiarygodna, aczkolwiek wiedzieliśmy, że Riber Struma skutecznie wyniszcza wojska denotariańskie. Po półtorarocznej okupacji Solvalu, stolicy Denotaru, przez jeden z kontyngentów Riber Strumy tak naprawdę wiedzieliśmy tylko dwie, przerażające rzeczy: po naszych siłach zbrojnych pozostała jedna kompania wojsk lądowych, a Społeczność Międzynarodowa — niby ciężko sankcjonująca agresję zbrojną i zawsze gotowa do dyspozycji sił pokojowych — tkwiła w morderczej dla narodu denotariańskiego bezczynności. Przeklinaliśmy resztę świata, jednocześnie błagając nasze bóstwa o to, by jednak Społeczność Międzynarodowa zareagowała. Potrzebowaliśmy nadziei na przetrwanie naszego narodu, jeśli nie państwa, a to, co Riber Struma czyniła, bezsprzecznie dążyło do unicestwienia całego naszego narodu.

Tamtego dnia, gdy tamten mechaniczny pająk zmroził nas wszystkich, namierzając nas intensywnymi czerwonymi wiązkami laserowymi, czekaliśmy dobrą godzinę, aż w końcu dotarł do nas jeden z plutonów w bladozielonych mundurach Riber Strumy; wtedy lasery się wyłączyły, a trzydziestu żołnierzy skierowało na nas lufy karabinów, gotowi, by, ot tak, nas zastrzelić. Powstrzymał ich dowódca, którego działanie na krótko podniosło nas na duchu… to jest — dopóki nie zapytał, kim my właściwie jesteśmy. Powiedzieliśmy, że studentami, aczkolwiek Errbel… Errbel niestety powiedział prawdę, że jest dyplomatą. Dowódca poprosił go o wyjście z budynku, a następnie zapytał, czy w kawiarni są jeszcze inni dyplomaci albo humaniści. Przyznała się jakaś kobieta do tego, że jest historyczką. Ją też wyprowadzono. Myśleliśmy, że oni przetrwają, więc już chciałam krzyczeć, iż właśnie staliśmy się absolwentami: ja, Sental i Rettsy. Powstrzymały mnie dwa odgłosy wystrzałów z pistoletów. Errbel i tamta kobieta… upadli na ulice z czerwonymi plamami na potylicy, i wtedy osiągnęłam swój limit. Słodkawy posmak w ustach, oczy się wywróciły, a mnie objął mrok. Straciłam przytomność.

Humaniści Solvalu, którzy przyznali się do swojego wykształcenia, zostali zamordowani. Chodziło o zniszczenie tej grupy ludzi, która najprędzej nawoływałaby do buntów, powstań, tworzyła partyzantkę, unifikowała ludzi i walczyła z propagandą Riber Strumy. Ścisłowców okupant zabrał do Fortecy — fortyfikacji obronnej Denotaru dla najważniejszych organów państwowych, gdzie obecnie siedzibę miał sztab okupacyjny Riber Strumy. Pozostali — niedokształceni i tacy, którzy z różnych powodów ani nie przeszkadzali okupantowi, ani nie byli mu szczególnie przydatni, otrzymali przydziały do robót, głównie fizycznych, przy adaptowaniu dróg do wymagań pojazdów bojowych Riber Strumy.

Jeżeli chodzi o nas, humanistów ukrywających swoje wykształcenie, w końcu nasze tożsamości były weryfikowane, a my — publicznie mordowani. Skłoniło to nas do ucieczki w podziemie. Organizowaliśmy komórki ruchu oporu, bardzo słabe, niezdolne do walki, a co najwyżej pomagające w ukrywaniu poszukiwanych, dzieleniu się żywnością i lekami czy zapewnianiu dachu nad głową. Codziennie, kryjąc się w zrujnowanych piwnicach wieżowców, czuliśmy proch i słyszeliśmy jęki umierających. Nawet w snach nie było ukojenia, albowiem za każdym razem, gdy zamykałam oczy, widziałam traumatyczne sceny, których nam nie brakowało. Pewnego dnia, na przykład, przynieśli kogoś do naszej kryjówki, której jeszcze żołnierze Strumy nie znaleźli. Był to starszy mężczyzna, po osiemdziesiątce. Gdy zobaczyła go żona, byłaby oszalała ze szczęścia, aż dostrzegła plamę krwi na jego prawym boku. On nie umiał wydać ani jęku z bólu, a ona krzyczała przez parę sekund wniebogłosy, aż po prostu straciła przytomność i uderzyła głową o kant stołu, natychmiast tracąc życie. Gdy po paru godzinach mężczyzna tamten pojął, co się stało, po prostu wybiegł na ulicę, znalazł pierwszego lepszego żołnierza Riber Strumy i uderzył go w twarz — popełnił samobójstwo. Reszta miasta, chyba że istnieją inne kryjówki, pracuje za darmo, dzień w dzień, pod najsroższym reżimem, dla Riber Strumy. Gdy przemykamy ciemnymi alejkami, wszędzie niesie się odór zgnilizny mieszający się z zapachem świeżo wylanej smoły.

Nie wiem, czy nadal jesteśmy parą z Sentalem, ale na ogół trzymamy się razem, jak przed odebraniem dyplomów. Rettsy ma ręce pełne roboty… za młodu wspomagała matkę w lecznicy dla zwierząt; dzisiaj jest felczerem, który opatruje rany tych, którzy przetrwali utarczkę z Riber Strumą. Nie ma wśród nas lekarza z prawdziwego zdarzenia, większość medyków uprowadzono do Fortecy. Nie sądzę, by Rettsy w ciągu ostatniego tygodnia spała chociażby przez trzy godziny.

Pewnego dnia, leżąc na brudnej, zakurzonej poduszce, owinięta dziurawym kocem, poczułam, jak ktoś potrząsa mną za ramię. Był to Sental. Przyłożył palec do ust i wyszeptał:

— Chyba nas znaleźli.

— J-jak to? — zapytałam cicho. Nie byłam już przerażona; większość emocji we mnie dawno już obumarła.

— Chodź. — Sental pomógł mi wstać i poprowadził do głównej izby. — Wyciągnij broń. Nie wiemy, co nas czeka.

W pomieszczeniu byli już wszyscy, kilkanaście osób. Dwojgu dzieciom kazano wyjść z pomieszczenia i się ukryć pod łóżkami. Wyciągnęliśmy z Sentalem po byle jak skleconym pistolecie. Mieliśmy w nich po pięć nabojów, a w kieszeni jeszcze ze trzy albo cztery.

Bum! Bum! Bum!

Rettsy, wyciągnąwszy pistolet i skinąwszy głową na znak, żeby się przygotować, podeszła pod drzwi, po czym syknęła do dziurki od klucza:

— Hasło?

Odpowiedź nie nadeszła.

Wszyscy unieśliśmy drżącymi rękoma pistolety i karabiny, po czym wycelowaliśmy je w drzwi. Byliśmy gotowi umrzeć z bronią w ręku. Rettsy zaczęła odliczać:

— Trzy…

Pocałowałam na pożegnanie Sentala.

— Kocham cię — wymamrotałam, patrząc w jego piękne piwne oczy.

— Dwa…

— Ja cię też… jeszcze mocniej. — Sental obrócił moją głowę w stronę drzwi.

— Jeden…

Rettsy energicznie szarpnęła za suwaki w drzwiach, po czym otwarły się do środka. Natychmiast zalało nas ostre, ślepiące wszystkich światło dnia, a do pomieszczenia wdarło się rześkie powietrze. W progu jawiła się sylwetka kobiety w średnim wieku, w denotariańskim biało-purpurowym mundurzem, a za nią, na zrujnowanej ulicy stała grupa żołnierzy.

— Sol'val zostało oswobodzone z rąk tyrańskich rządów Ribery Strumy przez Armię Odrodzenia Denotaru! — zawołała kobieta, po czym rozejrzała się po nas odkładających broń i nierozumiejących, co się właśnie stało, i schodząc z progu, gestem zachęciła wszystkich do wyjścia. — Co tak stoicie? Ruchy, ruchy! Cieszcie się wolnością!

Wyszliśmy ledwo przytomni, ledwo pamiętający, jak to jest być człowiekiem. Piękna, wiosenna pogoda. Ludzie gromadzili się na ulicach w przygniatającej sprzecznymi emocjami, przygniatającej ciszy — zero rozmów, zero szeptów. Słychać było nawet drżenie wielkich, trzykilometrowych wieżowców, które przetrwały wszystkie tutejsze walki. Płaczące ze szczęścia matki i ojcowie jednoczyli się z dziećmi, mężowie z żonami, rodzeństwa z rodzeństwami, przyjaciele z przyjaciółmi, a nawet dawnymi wrogami. Wszyscy, idąc za żołnierzami, kierowali się na rynek. Zaczęły rozbrzmiewać szepty. Wkrótce ludzie zaczęli na nowo rozmawiać. Ja i Sental dreptaliśmy jednak w ciszy, nie wierząc w to, co się właśnie stało. Jak gdyby coś zmieniło się w powietrzu, wszyscy, mimo psychicznej półprzytomności, wydawali się natchnieni nowym życiem i nadzieją. Nie wiedziałam, jak to mogło się stać. Jak ktokolwiek mógł stawić czoła okupantowi Sol'val? No jak?!

Tuląc Sentala, podeszłam do jednego z przechodzących uliczką żołnierzy i go zaczepiłam. Był to młody, może o rok starszy ode mnie mężczyzna. Dawniej nie byłam taka śmiała, ale teraz przede wszystkim kierowała mną wzrastająca powoli ciekawość.

— Arta'yn Dumyala, służba zagraniczna. — Podałam drżącą rękę żołnierzowi, po czym przedstawiłam mojego chłopaka. — Sental Harran, również dyplomata.

— Sierżant Stabus Nirm. — Żołnierz oddał nam salut i potrząsnął naszymi dłońmi.

— Panie sierżancie, proszę mi coś wyjaśnić, bo… trudno mi uwierzyć, że… to nie jest sen, który zaraz przejdzie. Jak to wszystko możliwe?!

— Mogę cię uszczypnąć. — Sental uśmiechnął się do mnie po raz pierwszy od miesiąca.

Odpowiedziałam mu spojrzeniem spod byka.

— Riber Struma odpuściła ostatniej kompanii, a my pod dowództwem naszego oficera z początku powoli, ale potem coraz szybciej zaczęliśmy organizować partyzantkę i wzrastać w siłę. — Podoficer również łagodnie się uśmiechnął.

— No, ale mimo wszystko! J-jak nasza mała armia mogła… odzyskać Sol'val? Jak, panie sierżancie?! Jak to możliwe przeciwko Riber Strumie?!

— Pani Arta'yn, nie wiem, jak to pani wyjaśnić. Mamy po prostu genialnego dowódcę, nazywają go wielkim strategiem. Za kilka minut ma publicznie rozmówić się ze Społecznością Międzynarodową, więc może będziecie państwo mieli okazję go lepiej poznać. Sam po prostu wykonuję rozkazy i jak dotąd odnosimy niemal same sukcesy w tej walce — wyjaśnił sierżant Nirm. — W tej chwili muszę podziękować za rozmowę, pani Arta'yn, panie Sentalu, ponieważ jako kwatermistrz pododdziału mam teraz ręce pełne ręce roboty. Czołem!

Wtem wszystko ucichło, to znaczy rozmowy. Ciszę przeszywały łagodne, rytmiczne fale, bardzo trudne do porównania z jakimś naturalnym dźwiękiem. Najbliższe chyba pluskom w wodzie, tylko że w powietrzu. Nad rynkiem zawisnął niewielki statek, poduszkowiec w biało-fioletowych barwach, ze czterema śmigłami po bokach, który powoli zniżył pułap, aż po kilkunastu sekundach wylądował na środku rynku, a wydobywające się z niego odgłosy przycichły. Na pokładzie znajdowały się dwie osoby, pilot w ciemnoszarym kombinezonie i jakiś żołnierz z hełmem zasłaniającym twarz. Gdy wyszedł z pojazdu, wszyscy zgromadzeni na rynku żołnierze, jakieś dwieście osób, natychmiast oddało mu salut, a on im.

— Ten cały… wielki strateg — szepnął Sental.

Kilku żołnierzy podeszło do bagażnika poduszkowca i zaczęło wyjmować z niego jakieś ekrany i anteny.

— Albo jest paranoikiem, w co wątpię, skoro udało mu się z trzeźwym umysłem odzyskać Solval, albo z jakiegoś powodu zależy mu na ukryciu swojej tożsamości — stwierdziłam.

Żołnierze rozstawili przy poduszkowcu ekrany, złączyli je w jeden większy i podpięli do niego antenę. W międzyczasie oficer z rękami założonymi do tyłu spokojnie rozglądał się po tłumie, a tłum uważnie się mu przyglądał i próbował dojrzeć, kto to do diaska jest i przede wszystkim — czy rzeczywiście warto pokładać w nim jakiekolwiek nadzieje.

— Myślę, że odbicie Solvalu przy liczebności naszych wojsk było całkowitą odwrotnością trzeźwego umysłu, kochanie — odparł Sental.

Odpowiedziałam Sentalowi uśmiechem wyrażającym, o dziwo, aprobatę, po czym przytuliłam się do niego.

— Ma rozmawiać z międzynarodówką. Może wreszcie ruszą tyłki i zrobią to, co mieli — mruknęłam pod nosem. — Zaraz. Sen, czy ja naprawdę to powiedziałam?

— Wygląda na to, że ktoś tu odzyskuje nadzieję. — Sental mnie przytulił i pocałował w głowę. — Obyśmy tylko odzyskali moje lokum, żebyś mogła wreszcie wziąć prysznic, bo strasznie od ciebie jedzie.

— Wiesz co?! — Walnęłam go w brzuch, chyba nawet troszkę za mocno. — Będzie prysznic mi wypominał, a na nim nawet już muchy boją się siadać.

Oboje zaczęliśmy chichotać, jak gdyby zupełnie na moment zapominając, że właśnie skończyła się okupacja Solvalu. Odzyskaliśmy wolność. Nadal trudno jednak było w to w pełni uwierzyć. Śmiech zakończył się naszym dogłębnym spojrzeniem sobie do oczu, a owo spojrzenie — wypełnionym pasją pocałunkiem.

W międzyczasie żołnierze skończyli ustawiać maszynerię i uruchomili dziwny transmiter. Na wielkim ekranie pojawiła się grupa ubranych w najbogatsze garnitury ludzi, reprezentantów świata, delegatów do Komitetu Głównego, organu wykonawczego Społeczności Międzynarodowej. Cały rynek zamarł. Na czele stał starszy, szczupły jegomość w rudawych, siwiejących włosach — Kell Limastros, którego dobrze kojarzyłam jeszcze z podręczników akademickich. Doświadczony polityk dalekiego mocarstwa. Wszyscy członkowie Komitetu Głównego byli reprezentantami największych państw świata.

— Rozumiemy, że Armia… tak zwana Armia Odrodzenia Denotaru jest już gotowa przystąpić do rokowań pokojowych z Federacją Riber Strumy — zauważył Kell Limastros. — Komitet Główny doceni jednak ujawnienie swojego wizerunku przez pełnomocnika tak zwanej Armii Odrodzenia Denotaru. Tak, by kurtuazji stało się zadość.

Przez kilka sekund Dowódca AOD po prostu dalej bezczynnie stał, aczkolwiek w końcu, po parunastu sekundach, gdy oczekiwania Komitetu i również nasze — tłumu — osiągnęły apogeum, mężczyzna powoli zdjął swój hełm i ułożył go pod prawym ramieniem. Oczom wszystkich ukazał się obraz nie do końca powszechnie uosabiany z wizerunkiem ważnego dowódcy wojskowego. Otóż był to biały mężczyzna zarośnięty kilkoma centymetrami brody, z kędzierzawymi włosami koloru ciemny blond sięgającymi ramion. Mimo zarostu wydawał się z daleka młody jak na dowódcę — zdecydowanie za młody jak na dowódcę całych pozostałych sił zbrojnych Denotaru!

— Podpułkownik Trayar — przedstawił się oficer.

Moje serce zabiło mocniej. Skądś kojarzyłam to nazwisko! Nie byłam pewna skąd, ale na pewno już kiedyś je słyszałam i byłam niemal przekonana, że osobiście miałam z kimś takim do czynienia, aczkolwiek nie umiałam przydzielić wyglądu tamtego oficera do żadnej znanej mi osoby. Niemniej z każdą kolejną sekundą wzrastał jego stopień podobieństwa do kogoś… a wraz z tym wzrastała siła, z jaką ściskałam półświadomie rękę Sentala i zagryzałam wargi na skraju krwawienia.

— Dziękuję — powiedział po chwili najwyraźniej nie mniejszego zaskoczenia Kell Limastros. — Możemy teraz przystąpić do negocjacji w sprawie…

— Wolny Denotar — przerwał Przewodniczącemu podpułkownik Trayar.

— Słucham, panie podpułkowniku? — zapytał Limastros.

— Po pierwsze, panie Przewodniczący, by, w panach słowach kurtuazji stało się zadość, proszę przestrzegać zwyczaju mówienia do podpułkownika pułkowniku, do podporucznika — poruczniku, do starszego chorążego — chorąży, i tak dalej. — Trayar uniósł głowę. — Po drugie… Denotar nie chce rokowań. Denotar żąda wycofania wszystkich sił Federacji Riber Strumy z naszych niepodległych terytoriów do końca tego dnia.

— Panie pułkowniku…

— Po trzecie, Denotar żąda wydania wszystkich zdrajców narodu denotariańskiego. Po czwarte, Denotar żąda natychmiastowej demilitaryzacji Federacji Riber Strumy i pociągnięcia przywódców Federacji Riber Strumy do odpowiedzialności przed Trybunałem Społeczności Międzynarodowej za dopuszczenie się aktu napaści zbrojnej na niepodległe państwo członkowskie Społeczności Międzynarodowej. Po piąte, Denotar żąda opróżnienia obecnego Komitetu Głównego za sprzeniewierzenie się zasadom utrzymywania pokoju na świecie skutkujące półtoraroczną okupacją niepodległego państwa przez agresora. Teraz słucham.

Zapanowała cisza, zarówno ze strony Komitetu Głównego, jak i zgromadzonego na rynku tłumu. Chyba nikt nie wiedział, co myśleć, a co dopiero — mówić. Osobiście chciałam, żeby Społeczność Międzynarodowa pomogla wreszcie w zaprowadzeniu pokoju w Denotarze. Mniejsze znaczenie w tej chwili miało dla mnie ściganie zdrajców i zbrodniarzy. Nie chciałam, byśmy na aktualnej pozycji kogoś jeszcze antagonizowali, robiąc sobie jeszcze więcej wrogów. Z drugiej strony chciałam… tak bardzo, ale to bardzo chciałam, by ktoś poniósł konsekwencje za to, co solvalczycy wycierpieli przez ostatnie siedemnaście miesięcy. Społeczność Międzynarodowa dopuściła się najgorszego rodzaju bezczynności — takiego, który skutkował masakrami, uwłaczaniem i traktowaniem ludzi gorzej niż zwierzęta przez okupantów.

Powodowało to, że czułam, jak zaczyna rosnąć we mnie płomień gniewu. Nie panowałam nigdy za dobrze nad swoimi emocjami, czego przykładem był mój rzut na taśmę, gdy podczas tamtego spotkania w kawiarni zobaczyłam staruszka leżącego na ulicy i nieumiejącego się podnieść. Wojna też wywarła na mnie taki skutek, że utraciłam większość społecznych hamulców. Gdy głodujesz albo cierpisz, nie interesuje cię to, jak ktoś na ciebie spojrzy, kiedy poprosisz tę osobę o pomoc. Wiem, że o ile wiatry miały nam sprzyjać, czas było się przestawić, przynajmniej z tych mało przydatnych w cywilizowanym życiu nawyków, ale w tamtej chwili umiałam jedynie odnotować, że podbudowuje się we mnie zły rodzaj psychicznego ciśnienia.

— Wszystko w porządku? — zapytał Sental. — Zrobiłaś się strasznie spięta.

— Zobaczymy, do czego to dojdzie. Wtedy odpowiem, czy wszystko w porządku.

— Panie pułkowniku — zaczął raz jeszcze Kell Limastros. — Komitet Główny chciałby, żeby rokowania te przebiegły w przyjaznej, pokojowej atmosferze, z nastawieniem na realne cele, a nie…

W kadr wszedł gruby żołnierz z rudym wąsem, w jasnozielonym mundurze.

— Generał Tann Gabastra, Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Federacji Riber Strumy. — Grubas gestem poprosił Przewodniczącego o przesunięcie się, po czym ustawił się tak, by kadr całkowicie go obejmował. — Panie pułkowniku, zadziwia mnie pańska roszczeniowość. Wyobraża sobie pan, że zgromadziwszy dwie kompanie i jedną eskadrę przeciwko naszym siłom zajmującym obecnie terytoria dawnego Denotaru, znajduje się pan na pozycji uprzywilejowanej co do wysuwania jakichkolwiek roszczeń. Gwoli uhonorowania pewnych konwenansów związanych z przebywaniem w gmachu Komitetu Głównego powstrzymuję się teraz od rozkazania oblężenia Solvalu i pozostałych utraconych przez nas miast, celem zaniżenia liczby osób poszkodowanych przez dalsze działania bojowe na terytorium dawnego Denotaru. To rokowanie jest szansą daną Armii Odrodzenia Denotaru na powstrzymanie dalszego konfliktu poprzez złożenie broni w dogodnych warunkach, lecz z poszanowaniem różnic między naszymi możliwościami…

Choć przed momentem dziwiłam się postawie podpułkownika, teraz byłam czerwona ze złości. Moje serce biło tak mocno, że w uszach słyszałam coraz głośniejsze uderzenia jakby młota, moje dłonie tak mocno się zaciskały, że paznokcie wpijały się w skórę, niemal powodując jej krwawienie. Na plecach poczułam znajomy ciężar.

— Kochanie… co się dzieje? — zapytał Sental.

— Jak mogą na to pozwalać? — Czułam, jak do oczu wciskają mi się łzy, mieszanka gniewu i smutku, bezsilności. — Przecież agresja jest zakazana! Riber Struma powinna być pociągnięta do odpowiedzialności! Es-em powinno coś zrobić!

Kilka głów, w tym podpułkownika, obróciło się w moim kierunku. Zapadła po raz kolejny cisza. Moje emocje osiągnęły zenit, nie wiedziałam, co robić. Byłam przerażona, ze coś zniweczyłam, ale wtedy doszło do mnie, że przecież postawa Społeczności Międzynarodowej w czasie okupacji i teraz, podczas tej rozmowy, jest z jakiegoś powodu całkowicie sprzeciwiona denotarczykom. Tak, jakbyśmy po prostu byli narodem, którego wyjątkowo nie wolno traktować na równi z innymi, a reszta świata ma prawo zrobić z nami wszystko, czego chce! Choć normalnie bym tego nie zrobiła, wezbrało się we mnie zbyt dużo intensywnych emocji, bym opuściła głowę, a więc uniosłam ją jeszcze wyżej i w zaślepieniu mieszanką gniewu, strachu i smutku ryknęłam w kierunku ekranu:

— Jak możecie na to pozwalać?! Społeczność Międzynarodowa stoi na straży pokoju! Od tego jest Trybunał, by pociągać takich skurwieli jak pan, panie generale, do odpowiedzialności! Dlaczego nas ignorujecie?! Nie jesteśmy tak silni, jak kiedyś — czy to dlatego? Może idzie wam o to, że próbujemy zwalczyć naszego wroga, nie mając dużych szans na wygraną? Czyż nie od tego jest Społeczność Międzynarodowa, żeby wspomagać małych, w obronie przed mocarstwami dopuszczającymi się przestępstw?! Od czego do cholery jesteście?!

Ponownie zapadła cisza, ale krótka, a do mnie dotarło, że właśnie wydarłam się na najważniejszy organ międzynarodowy. Ja — dwudziestodwuletnia absolwentka studiów dyplomatycznych…

Szybko jednak otoczył mnie szmer szeptów. Szepty przerodziły się w półszepty, a półszepty w coraz głośniejsze wykrzyknienia.

— Ma rację!

— Międzynarodówka nigdy nikomu nie pomogło!

— Kryją zdrajców, bo sami są zdrajcami.

— Zapomnij, że przedłożą dobro małego nad wielkiego. Takiego!

Krzyki przerodziły się w wiwaty i brawa bite… mnie. W odpowiedzi jednak na uciszający nas gest podpułkownika Trayara szybko wszystko znowu ucichło. Poczułam, jak siła większa od mojej mnie odwraca. Sental mocno mnie przytulił. Za plecami słyszałam głos Kella Limastrosa, ale już się nie odwracałam, wtulając się w ramiona mężczyzny, którego kochałam i który dawał mi ulgę.

— Komitet Główny uchwałą z wczoraj stwierdził, że w świetle zniszczenia obecnej władzy Denotaru utracił on przymiot państwa, a tym samym członkostwo w Społeczności Międzynarodowej i prawo do zwracania się do es-em o ochronę swoich praw. Dzisiejsza telekonferencja ma na celu ochronę ludności cywilnej przed skutkami zaostrzającego się konfliktu z organizacją partyzancką.

— Panie Przewodniczący, panie generale — przemówił podpułkownik Trayar. — Przedstawiciele władzy Denotaru przetrzymywani są przez Riber Strumę na pozycji zwanej Fortecą Denotaru, czterdzieści mil na południe od Solvalu, na Półwyspie Hakalskim. Forteca ta to konstrukcja służąca zabezpieczaniu życia naczelnych organów administracji w razie stanu nadzwyczajnego. Dzisiaj jednak kontrolę nad nią sprawuje Riber Struma, utrzymując naszych urzędników przy życiu celem zapobiegania naszym atakom na Fortecę, w której też siedzibę dzisiaj ma sztab dowodzenia sił zbrojnych Riber Strumy.

— Słowo przeciwko słowu — odparł generał. — To spotkanie ma na celu…

— Chcecie powiedzieć, że według was Denotar już nie istnieje? — przerwał generałowi Trayar. Tym razem w jego głosie słychać było, zamiast apodyktyzmu, zaniepokojenie — może nawet zwątpienie.

— Przykro mi, panie pułkowniku — odpowiedział Przewodniczący. — Nadszedł czas na omówienie warunków złożenia broni przez tak zwaną Armię Odrodzenia Denotaru i wreszcie uspokojenie sytuacji w społeczeństwie.

Nikt nic nie mówił; wszyscy byli równie przerażeni tym, co słyszeli. Wszyscy czekali na odpowiedź. Wszelkie chwilowo obudzone wyzwoleniem Solvalu nadzieje właśnie obumarły. Nie byliśmy już państwem; byliśmy ostatnimi podrygami Denotaru. Podpułkownik rozejrzał się po tłumie. Niektórzy opuścili głowy, jak gdyby się poddając.

— Sokół Denotaru nie ma już gniazda — powiedział Sental. — Wszystkie ptaki chcą, by zaprzestał dalszego latania i oddał się im na żer.

Nie byłam w stanie nic odpowiedzieć, ale mój chłopak dobrze to wszystko podsumował. Trayar spojrzał na mnie. Patrzyliśmy na siebie przez dłuższy czas. Nie wiem… może pięć, dziesięć sekund, aż w końcu ulokował on wzrok z powrotem w ekranie.

— Czy to oficjalne stanowisko całego Komitetu Głównego? — zapytał podpułkownik.

Kamera ukazała całą izbę usadowioną wokół podłużnego stołu; dwunastu reprezentantów mocarstw świata. Wszyscy skinęli głowami, niewzruszenie wpatrując się w ekran.

— Mamy rok jedenaście tysięcy trzysta sześćdziesiąty piąty — powiedział Trayar. — Szanowny Komitecie… dwa miesiące temu z jedną kompanią odzyskaliśmy ćwierć Denotaru i uformowaliśmy drugą kompanię. Miesiąc temu przejęliśmy drugą ćwierć Denotaru i uformowaliśmy eskadrę wojsk powietrznych. Dzisiaj przejęliśmy Solval. W ciągu tych dwóch miesięcy nasze malutkie siły zbrojne, w słowach generała, znajdujące się na pozycji przegranej, wyrżnęły w pień cztery bataliony Riber Strumy.

— Do rzeczy, panie pułkowniku — ponaglił oficera Przewodniczący. — Co ze złożeniem broni?

— Roszczeniowi… pozycja uprzywilejowana… — Trayar się uśmiechnął. — Pan generał, pan Przewodniczący, Komitet Główny i reszta Społeczności Międzynarodowej zechce zapamiętać swoje słowa przez następne kilkanaście lat, gdy będą żałowali, że nie wykorzystali tej szansy. Duch naszego narodu nie ugnie się przed nikim; Armia Odrodzenia Denotaru wypowiada w imieniu całego narodu, żywych i martwych, wojnę całej Społeczności Międzynarodowej. Nie będzie żadnych więcej konferencji, żadnych kontaktów, a wszystkie twarze członków Komitetu Głównego i pańska, panie generale, zostaną przez nas zapamiętane. Denotar zostanie odzyskany do tygodnia, a Riber Struma zaanektowana do trzech miesięcy. Żegnajcie.

Oglądaliśmy przez pół sekundy zdziwione twarze całego Komitetu Głównego, dopóki podpułkownik nie kiwnął do jednego z podoficerów, który najwyraźnej transmisję zakończył.

Ludzie zaczęli wiwatować i się cieszyć! Niektórzy skandowali nazwisko podpułkownika.

— Chciałem tylko końca walki i odzyskania przez Denotar niepodległości — zwrócił się do tłumu Trayar — ale… nie możemy żyć w takim świecie, gdzie miejsca ustępuje się silniejszym, nie zważając na dane obietnice, na prawo międzynarodowe! Dla tamtych ludzi znaczenie ma tylko siła… a zatem sądzę, że należy ich nią nasycić, żeby mieli jej wreszcie dosyć!

— Tra-yar! Tra-yar! Tra-yar! — skandowali ludzie. — Na przywódcę! Na przywódcę! Na przywódcę!

— Póki mamy wojnę, Denotar nie potrzebuje przywódcy, a obrońcy. — Trayar usiadł na krawędzi lewitującego poduszkowca i zwołał do siebie kilku żołnierzy.

W międzyczasie ludzie przestali skandować i wreszcie, po tych siedemnastu miesiącach, zaczęli wracać do domów. Mnie też to czekało i nie byłam pewna, co tam zastanę. Czułam buzujące we mnie emocje, sprzeczne: z jednej strony czułam rozpierającą mnie dumę i gotowość do chwycenia za broń i ruszenia z a-o-de, ale z drugiej… wypowiedzenie wojny całemu światu… choć nikt nie wątpił w zdolności strategiczne Trayara, to jeśli spojrzeć na to, co powiedział, być może było to nastawienie nieco zbyt… przedwczesne? Zbyt wielkoskalowe? Chciałam sprawiedliwości, ale nie wiedziałam, gdzie kończy się sens, a zaczyna fantazja w tej kwestii.

— Oni nas wymordują — skwitował to wszystko Sental.

— Przecież i tak byśmy zginęli. — Wzruszyłam ramionami. — Wymordowali niemal całą inteligencję, zrobili z nas niewolników, a es-em nas olało i oddało w ręce Riber Strumy. Wszyscy mają nas w głębokim poważaniu. Naprawdę myślisz, że śmierć w walce jest w świetle tego wszystkiego aż taka zła?

Patrzył na mnie w sposób dawno przeze mnie niedoświadczany. Odkąd wybuchła wojna codziennie się zmienialiśmy z naszych dawnych ja w nasze nowe i robiliśmy rzeczy, których przedtem byśmy się w żadnym razie nie podjęli. Czasami raczył mnie tym spojrzeniem w zdziwieniu jakimś moim zachowaniem, ale od dłuższego czasu już tego nie robił.

— Uważaj, bo mnie tym jeszcze zarazisz. — Sental uśmiechnął się nieznacznie, po czym mnie przytulił. — Pójdę za tobą wszędzie. Nie bez powodu się wybraliśmy, co nie?

— Sugeruję na tę chwilę świętować to, że możemy od tego wszystkiego odpocząć przynajmniej na dzień, może dwa. — Złapałam go za nos, a następnie za rękę i zaczęłam prowadzić ku… sama nie wiem czemu, chyba naszym domom. Chciałam też odwiedzić rodziców, Rettsy i innych znajomych. Sental na pewno też tego chciał.

— Przepraszam. — Sierżant, z którym przedtem rozmawialiśmy, zbliżył się do nas. — Podpułkownik chciałby zamienić z panią kilka słów, jeśli to możliwe.

— Chyba się przesłyszałam! Podpułkownik? — Wyłupiłam oczy. — Chciałby rozmawiać ze mną?

Sierżant przytaknął.

— Idź, ja poczekam. — Sental założył rękę na rękę, po czym wyszczerzył zęby pół złośliwie, pół troskliwie. — Dostanie ci się teraz za tamten wybuch.

Uniosłam brwi i rozdziawiłam wargi, ale nic nie powiedziałam. W zamian, mając nadzieję, że słowa Sentala się nie sprawdzą, skierowałam się ku lekko unoszącemu się nad ziemią poduszkowcowi, na którego krawędzi siedział Trayar. Im bliżej byłam, tym większe odczuwałam ciepło odchodzące od poduszkowca, aż gdy podeszłam na dwa metry, poczułam się jak w czasie letniego skwaru.

— Wyjęła mi pani słowa z ust — powiedział, patrząc mi w oczy, podpułkownik. — Mówię o tamtym skrzyczeniu es-emów.

— Naj-naj… — zaczęłam nieskładnie — najmocniej pana przepraszam, panie pułkowniku. Słysząc wszystko, co o nas mówili, nie umiałam nad sobą zapanować. To wszystko było przerażające, a na dodatek…

— Spokojnie! Proszę zwolnić, bo jeszcze straci pani przytomność. — Podpułkownik uniósł rękę, łagodnie się uśmiechając. — Powiedziałem, że wyjęła mi pani słowa z ust. Mamy dzisiaj dobry dzień, więc warto by go spożytkować na przyjemności, których nie było za okupacji. Nie zajmę pani dużo czasu. Jednakże mam jednak pewne… fundamentalne pytanie.

Uniosłam brew, nadal trzęsąc się jak osika.

— Pani mama nadal piecze te niesamowite bułeczki ze szpinakiem? Dawno, ale to dawno takiej nie jadłem, a o ile dobrze pamiętam, spacerek tam trochę zajmuje. Pytanie zatem, czy jest sens się tam dzisiaj wybrać.

Moje serce zabiło mocniej. On mnie skądś znał… Ja go skądś znałam.

— J-ja… nie wiem, skąd pan pułkownik mnie zna… Bardzo przepraszam, ale…

— Arta'yn Dumyala, prawda? — Mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej.

— O matko! — Rozczapierzyłem dłonie na twarzy. — Skąd pan pułkownik mnie zna?!

— Beckel. — Mężczyzna zdjął rękawice i uścisnął moją rękę. — Chodziliśmy razem do szkoły.

Wszystko natychmiast powróciło. Kontury twarzy, kolor włosów, głos… to wszystko łączyło się w postać mojego starego znajomego, chłopaka, z którym chodziłam do jednej klasy przez kilka lat. Przyjaźniliśmy się, aż jego rodzice się nie wyprowadzili na drugi koniec kraju. Mieliśmy po jedenaście lat.

— Arta'yn… — odparłam, oczywiście niepotrzebnie. — Jak to się stało? Jak zostałeś…

— To długa historia, Arti. Wstąpiłem do wojska, przesłużyłem swoje tu i ówdzie, a gdy skończyłem oficerkę, wybuchła wojna i nagle jestem najwyższym stopniem oficerem, w skrócie. — Beckel Trayar wzruszył ramionami, po czym wskazał mojego chłopaka drepczącego w kółko parędziesiąt metrów dalej, który, gdy tylko to zauważył, ze strachu niemalże stanął na baczność. — Co to za jegomość?

— Sental, mój chłopak. — Czułam, jak się czerwienię. — Beckel, co do tego wszystkiego… Naprawdę myślisz, że mamy szansę? Denotar to jedno, ale Riber Struma… cały świat? Jak ty to sobie wyobrażasz?

— Zadałem sobie bardzo podobne pytanie, gdy dowiedziałem się, że jestem jedynym żyjącym oficerem mającym do dyspozycji przetrzebioną, pozbawioną morale kompanię, i jesteśmy otoczeni przez batalion. — Beckel założył rękę na rękę. — Dzisiaj… mamy dwie kompanie, trzy plutony i eskadrę ultraszybkich myśliwców, a tamtego batalionu nie ma. Nie mamy ogromnej liczebności ani nie jesteśmy najbardziej zaawansowanym wojskiem świata, ale… mamy intelekt, strategię i pasję, by wykorzystać to, co mamy do dyspozycji, by odzyskać utracone i zdobyć jeszcze więcej.

Poczułam się delikatnie podniesiona na duchu.

— Pan wielki strateg, hm…? — Uśmiechnęłam się na krótko. — Nie jestem pewna co do wojowania z całym światem, ale… to w pewien sposób budujące, wiesz…

— Arta'yn, straciłem całą rodzinę przez ten konflikt — powiedział Trayar.

— Przykro mi, Beckelu… — Poczułam napływ łez do oczu, gdy zobaczyłam oczyma wyobraźni zarysy twarzy rodziców i brata Trayara. — Bardzo mi przykro, pamiętam twoich rodziców i brata jako naprawdę przyzwoitych, ciężko pracujących ludzi, którzy nigdy w żaden sposób nie mogli na to sobie zasłużyć.

— Dążę do tego, Arti — kontynuował Trayar — że… potrzebuję znajomej twarzy w szeregach, twarzy, na którą spojrzę i będę pamiętał, co jest moją misją.

— Beckel… ja nie jestem żołnierzem, a dyplomatką, tak jak mój chłopak… chociaż dzisiaj to nie znaczy już dużo…

— Zapewnię tobie i Sentalowi zatrudnienie w korpusie cywilnym. Możesz być moim doradcą.

To była opcja, której szukaliśmy przed zakończeniem nauki w szkole, żeby uniknąć za wszelką cenę rozdzielenia mnie i Sentala. Chciałam odpocząć, ale z drugiej strony… Sama nie wiem… Chciałam coś wnieść do tego wszystkiego. Swoją cząstkę. Za bardzo się przejęłam, żeby iść w swoją stronę i nie zważać na resztę.

— Nie umiem w tej chwili podjąć tej decyzji, Beckelu… Muszę porozmawiać z Sentalem. To nie jest coś, na co mogę się zdecydować w tej chwili sama. Muszę spotkać się z ludźmi, którzy przetrwali, i… — Wzruszyłam ramionami. — Sama nie wiem, Beckelu… muszę ich… przytulić. Muszę odpocząć. Wszyscy musimy…

— Zaplanowałem przegrupowanie i realizację zaopatrzenia na czterdzieści osiem godzin. — Mężczyzna skinął głową. — Będę potrzebował waszej decyzji do pojutrzejszego południa, ale najpierw…

Trayar wyciągnął rękę ku Sentalowi i gestem go do siebie przywołał. Sental ruszył ku nam jak sztywno chodząca z nerwów kukiełka, a na jego twarzy malowało się czyste przerażenie, nie w trosce o własne życie, a jak podczas ważnego egzaminu.

— To co z tymi bułeczkami ze szpinakiem? — powtórzył z uśmiechem Trayar.

Po raz pierwszy wyszczerzyłam zęby i ochoczo skinęłam głową.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License